Być Jezusem dla Maryi
Być Jezusem dla Maryi
Jeśli mamy kochać Matkę Bożą jak dzieci, najświętszy wzór znajdziemy w Jezusie: Synu Maryi, a naszym Boskim Bracie. Najwięksi czciciele Najświętszej Panny to ci, którzy najbardziej przypominają Pana Jezusa, należąc do Maryi tak jak On i kochając Ją, za Jego przykładem, jak dzieci. Stają się Jezusem dla Maryi. W tym sensie największy stopień nabożeństwa do Maryi osiąga ten tylko, kto doświadczył przemienienia i utożsamienia się z Jezusem, kto naprawdę może powtórzyć za św. Pawłem: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).
Nie może być inaczej. Rosnąć w życiu duchowym – znaczy sprawiać, by umarł w nas dawny człowiek (nasze „ja”), aby żył w nas Jezus (nowy człowiek), przyswajając sobie Jego własne odczucia i Jego własne sposoby miłowania w myślach, słowach, uczuciach, pragnieniach i czynach (por. Ef 4,22 i Kol 3,9).
Taką samą miłość, jak miłość Jezusa względem Matki Bożej, ma więc ten, kto utożsamia się z Jezusem. Kiedy wewnętrznie stanowi się jedno z Jezusem, osiąga się tę jedność z Nim także w miłości do Maryi – jakkolwiek nikt, nawet całe stworzenie razem wzięte, nigdy nie będzie w stanie doścignąć nieskończonego ogromu miłości Jezusa do Jego Rodzicielki. Będziemy się nim cieszyć na wieki w Raju.
Nigdy dość
Skoro wzorem miłości względem Najświętszej Panny jest dla nas Pan Jezus, bardzo niestosowny bywa niepokój pewnych ludzi, obawiających się ryzyka pokochania Jej... za mocno. Takie ryzyko po prostu nie istnieje. Choćbyśmy pragnęli dać się ponieść aż do szaleństwa miłości do Maryi, to cała nasza przesada i całe nasze miłosne szaleństwo byłyby czymś naprawdę mizernym w obliczu Boskiej miłości Jezusa do Swojej Matki. Należałoby raczej żałować niemożności osiągnięcia Jezusowej miary miłości do Najświętszej Mamy.
Miał rację św. Maksymilian, pisząc: „Nie bójcie się, że będziecie kochać Maryję za bardzo, bo i tak nigdy nie dojdziecie do takiej miłości, jaką ukochał Ją Jezus”. Dużo wcześniej już św. Bernard mawiał, że nigdy nie zdołamy „dostatecznie” wychwalać i miłować Matki Bożej. Również św. Bonawentura twierdził, że „nikt nigdy nie może czcić Błogosławionej Dziewicy nadmiernie”.
Posłuchajmy na koniec św. Alfonsa, przekonującego z charakterystycznym dla siebie wdziękiem: „Kiedy jakaś opinia jest takiej natury, że na swój sposób wnosi wkład w oddawanie chwały Najświętszej Pannie, a zawiera ona poglądy dopuszczalne; niesprzeciwiające się wierze, dekretom Kościoła Świętego ani prawdzie, to odrzucanie jej z pewnością świadczy o bardzo małej czci wobec Matki Bożej. Gorzej jeszcze byłoby natomiast zwalczać taką opinię pod pozorem, że być może prawdziwe jest stanowisko przeciwne jej. Co do mnie, nie chciałbym być podobnie skąpy jak również nie chciałbym, żeby tacy byli moi czytelnicy. Bądźmy raczej wśród tych, którzy wierzą w pełni i mocno we wszystko, co można – nie popadając w błąd – uznać ku większej chwale Maryi. Ta pełna i prosta wiara we wszystkie wspaniałości Matki Bożej jest jednym z najpiękniejszych hołdów, jakie możemy Jej złożyć”.
Przyjmijmy jako własną, gorliwość świętych, ich wysiłek maksymalnego kochania, ich starania przekraczające wszelką miarę, zgodnie z zawołaniem sługi Bożego Ojca Anzelma Trèvesa: „Chciałbym mieć miliardy żyć, by spędzić je u stóp Maryi; miliardy serc, by kochać Ją potężnie”.
Kochać bez miary
Nie chciejmy należeć do tych, którym się wydaje, że kochają Maryję, zapominając, że jest Ona Matką Jezusa, że jest Królową Aniołów i Nieba, jak głosi Liturgia Kościoła. Nie chciejmy być tymi fałszywymi chrześcijanami, którzy myśląc, że czczą Maryję, sprowadzają Ją do roli ubogiej kobieciny z wadami, słabej i wątpiącej, jak my. Czy może to być piękny sposób uczczenia własnej Matki, kiedy odziera się Ją z korony wzniosłych przywilejów, danej Jej przez Boga?! Tylko fałszywe dzieci i fałszywi czciciele mogą z upodobaniem patrzeć na traktowanie ich Matki Niebieskiej jak zwyczajnej, prostej kobiety. Jakże zasmuca taka postawa!
Chciejmy być jak św. Maksymilian Maria Kolbe, któremu pewnego razu grupa braci złożyła życzenia, by kochał i wychwalał Niepokalaną coraz mocniej i który zrewanżował się braciom życząc im, by mogli oni tysiąckrotnie pokonać go w miłości do Maryi, a potem, aby on pokonał ich milion razy, a potem znowu – by oni pokonali jego miliard razy, i tak dalej, nigdy nie zatrzymując się w szlachetnym współzawodnictwie, aż do osiągnięcia, na ile to możliwe, miary miłości Jezusa!
Któż jednak uczyni nas „Jezusem dla Maryi”? Tylko Ona sama – ponieważ tylko Ona jest „formą” Jezusa i jedynie ten, kto pozwoli się Jej uformować, stanie się „na wzór obrazu” Jezusa (Rz 8,29). Tylko w Maryi zatem staniemy się Jej dziećmi – tak, jak Jezus.
W małych rzeczach
Jeżeli jesteśmy duchowymi biedakami o małej pobożności, starajmy się być Jezusem dla Maryi przynajmniej w drobnych rzeczach, przy wielu skromnych i prostych okazjach. Uczyńmy wysiłek, by być Jezusem dla Maryi, na przykład, odmawiając ranną i wieczorną modlitwę, pozdrawiając zawsze Matkę Bożą na początku i na końcu każdego dnia. Starajmy się być Jezusem dla Maryi, unikając jakiegokolwiek braku szacunku dla Najświętszej Panny w słowach czy uczynkach, dbając raczej o jakieś gesty czci i serdecznego uczucia przez akty strzeliste do Niej kierowane.
Św. Stanisław Kostka tak intensywnie żył miłością do Maryi, że zawsze przywoływał Ją przed jakąkolwiek czynnością. Kiedy zaś mógł, obracał się, żeby spojrzeć w stronę kościoła albo innego miejsca, gdzie czczono obraz Maryi. Wszystko po to, żeby czuć Ją bliżej siebie.
Św. Maksymilian poleca nam: „Pośród małych cierpień módlcie się, aktami strzelistymi przywołując Maryję ... i ofiarowujcie wszystko w najmilszych Niepokalanej intencjach, jako narzędzia w rękach artysty...”.
Pewnego razu dwaj współbracia zapytali św. O. Pio z Pietrelciny, czy Maryja była obecna w jego celi podczas biczowań, których często doznawał, na co wskazywała przemoczona krwią koszula. – „Spytajcie mnie raczej – odpowiedział Ojciec Pio – czy Maryja kiedykolwiek opuściła tę celę!”. Św. Pio był naprawdę drugim Jezusem dla Maryi, a stawał się Nim jeszcze bardziej przy każdym biczowaniu, które czyniło go tak bardzo podobnym do biczowanego Jezusa.
O bł. Edwardzie Poppe wiemy, że szukał najmniejszych nawet okazji, by zachować się jak Jezus wobec Swej Matki. Każdego ranka, na przykład, tuż po przebudzeniu klękał u stóp Maryi, aby otrzymać błogosławieństwo. Przepuszczał Maryję w drzwiach, wchodząc i wychodząc z pomieszczenia. Podsuwał Jej wodę święconą. Zostawiał Jej miejsce, żeby przy nim usiadła. Doszedł nawet do tego, że będąc w podróży kupował dla Matki Bożej dodatkowy bilet! Małe rzeczy, mogące wydawać się dziecinadą – ale jakąż głębię miłości ukazują!
Ach, gdybyśmy mogli przynajmniej wyobrazić sobie, jak bardzo Jezus był zjednoczony z Maryją, jak wielką miłością Ją otaczał, z jaką czułością pozostawał blisko Niej, z jaką uwagą Jej słuchał, z jaką starannością był Jej posłuszny, jak serdecznie oddawał Jej cześć!
O św. Maksymilianie można było powiedzieć, że „oddychał Maryją – zawsze miał Jej imię na ustach: podczas pracy, na spacerze, w rozmowach. Kiedy wymawiał imię Maryja, wydawało się, jakby brał głębszy oddech”. Jeśli taki był św. Maksymilian to, jaki musiał być Jezus!?...
Do Jezusa i my mamy się upodabniać. Nie potrzeba wielkich rzeczy, by wyrazić naszą pobożność maryjną, ponieważ największą i najgłębszą rzeczą jest właśnie sprawianie radości słodkiej Mamie we wszystkich codziennych drobiazgach. Musi to być wytrwałe tkanie przeżywanej pobożności: nitka za nitką, to znaczy uczynek za uczynkiem – spełniany z miłością i z miłości do Maryi. Prośmy Jezusa o Jego synowską miłość, bo kiedy ją pozyskamy, dzień po dniu będziemy się stawać podobni do Niego, stając się naprawdę coraz bardziej Jezusem dla Maryi – aż do spełnienia słów, jakie Jezus skierował do Matki: „Oto syn Twój” (J 19,27).
W Jezusie Eucharystycznym
Przepięknym aktem, który pozwala nam być Jezusem dla Maryi w zupełnie wyjątkowy sposób, jest Komunia Święta. W tych chwilach Jezus jest fizycznie obecny i zjednoczony z tym, kto Go przyjął. Jeśli człowiek odda się całkowicie Jezusowi, tak jak On oddaje się bez reszty człowiekowi, wówczas Jezus i ta osoba nie są już dwoje, lecz stanowią jedno. My zaś – mówił św. Hilary – nie możemy uradować Maryi bardziej, jak pokazując, że Jezus Eucharystyczny jest w nas obecny. Zastanówmy się. Każdego dnia moglibyśmy sprawić Maryi tę niewypowiedzianą radość. Każdego dnia moglibyśmy być Jezusem dla Maryi w najbardziej wzniosłej formie na ziemi przez tych dziesięć, piętnaście minut zaraz po Komunii Świętej, czyli przez czas obecności Hostii Świętej w naszym ciele.
Byłoby pięknie, właśnie w tych momentach, odnawiać swoje poświęcenie się Maryi, aby wraz z Nią i z Aniołami śpiewać hymn Magnificat, jak czynił to bł. Guntard Ferrini.
Co natomiast można powiedzieć o Komuniach duchowych? Mogłyby one zachowywać nas w zjednoczeniu z Jezusem Eucharystycznym, dając nam nieustannie Jego drżące z miłości Serce, abyśmy ukochali Nim Najświętszą Pannę. Dlatego św. Maksymilian Maria Kolbe wśród swoich postanowień miał również Komunię duchową co piętnaście minut. Oto postawa wielkich zakochanych w Maryi!
Także podczas nawiedzeń Najświętszego Sakramentu pamiętajmy, że na ziemi nie ma miejsca, gdzie Maryja byłaby bardziej obecna, niż przy Tabernakulum. Św. Maria Wiktoria Teresa Couderc pozostawiła swoim zakonnicom, jako wyjątkowy środek na drodze do doskonałości, kontemplację Maryi w Wieczerniku. Św. Piotr Julian Eymard, niezrównany apostoł Eucharystii, mawiał, że „aby stać się dobrym sługą Eucharystii, trzeba być posłusznym i oddanym dzieckiem Maryi”. On też nazwał Najświętszą Pannę „Naszą Panią od Najświętszego Sakramentu”. Św. Pio z Pietrelciny mówił do wiernych: „Czyż i wy nie widzicie Matki Bożej tuż przy ołtarzu”? Innym zaś razem jedna z jego córek duchowych zapytała, czy Maryja była obecna na jego Mszy świętej, Ojciec Pio odpowiedział zdecydowanie: „A co, myślisz, że Mama nie interesuje się Synem”? Dlatego też św. Alfons zawsze łączył „Nawiedzenia Najświętszego Sakramentu” z „Nawiedzeniami Maryi”. Natomiast św. Maksymilian chciał, ażeby każdy ołtarz Najświętszego Sakramentu wieńczyła figura Niepokalanej, ponieważ Jezus i Maryja stanowią naprawdę owo jedno, o jakim marzymy, by stanowić je wraz z Nimi. Gdzie jest Syn, tam jest i Matka. Gdzie jest Matka, tam jest i Syn.
Święty Jan Bosko pod koniec życia, tuż przed Bożym Narodzeniem, znajdując się pośród swej młodzieży, usłyszał pytanie: „Jakie noworoczne podarunki zostawiasz dla młodych, Ojcze?”. Święty odpowiedział: „Nabożeństwo do Maryi i częstą Komunię Świętą”.
Niech to będą najcenniejsze dary, których nigdy nie zechcemy stracić lub zmarnować.

